Kinga Jarocka

Kinga Jarocka
Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie

Sztuka w erze clickbaitu. Jaki jest sens robienia wirtualnych wystaw.

Myśląc o wirtualnych wystawach, coraz częściej zaczynam nie od pytania o technologię, lecz o sens. W erze clickbaitu, natychmiastowej reakcji i nieustannej walki o uwagę, sama obecność sztuki w sieci nie jest już żadną wartością. Widzialność stała się czymś oczywistym, a nawet nadużywanym. Dlatego pytanie, które mnie interesuje, brzmi inaczej: czy wirtualna wystawa potrafi jeszcze stworzyć doświadczenie, czy jest jedynie kolejną formą treści do szybkiego skonsumowania i zapomnienia.

Clickbait rozumiem nie tylko jako chwyt marketingowy, lecz jako szerszą logikę funkcjonowania kultury wizualnej w internecie. Obietnica intensywnego przeżycia, skrót, sensacja i uproszczenie stały się podstawowym językiem komunikacji. W takim środowisku sztuka bardzo łatwo zostaje sprowadzona do obrazka, kadru albo hasła. Wirtualne wystawy ryzykują, że zamiast pogłębiać doświadczenie, będą je spłaszczać, dostosowując się do rytmu scrollowania i algorytmicznej selekcji.

Z perspektywy instytucjonalnej widzę jednak, że rezygnacja z form cyfrowych nie jest rozwiązaniem. Wirtualne wystawy pojawiły się jako odpowiedź na konkretne potrzeby, ograniczenia i sytuacje kryzysowe, ale z czasem zaczęły funkcjonować jako autonomiczne narzędzie. Pytanie nie brzmi więc, czy je robić, lecz jak i po co. Kluczowe staje się uświadomienie sobie, że przeniesienie wystawy do sieci nie polega na prostym zdigitalizowaniu przestrzeni galerii.

Interesuje mnie wirtualna wystawa jako forma kuratorska, która wymaga własnego języka i własnych reguł. Przestrzeń cyfrowa rządzi się inną logiką percepcji, czasu i uwagi. Odbiorca nie wchodzi do niej w sposób linearny, nie podąża wyznaczoną ścieżką, lecz porusza się fragmentarycznie, często przypadkowo. Kurator musi więc projektować doświadczenie inaczej, myśląc nie tylko o obiektach, ale o sekwencjach, rytmie i momentach zatrzymania.

Jednym z największych wyzwań jest dla mnie kwestia czasu. W galerii fizycznej widz decyduje się na poświęcenie określonej ilości uwagi. W sieci konkurujemy z nieskończoną liczbą bodźców. Wirtualna wystawa musi więc znaleźć sposób, by zaprosić do dłuższego kontaktu, a nie tylko do szybkiego kliknięcia. Nie oznacza to rezygnacji z atrakcyjności wizualnej, lecz świadome jej użycie, podporządkowane narracji, a nie algorytmowi.

Ważnym aspektem jest również pytanie o doświadczenie ciała. Wirtualne wystawy często oskarżane są o brak fizyczności i materialności. Traktuję to raczej jako punkt wyjścia do poszukiwań, a nie deficyt. Cyfrowość może uruchamiać inne zmysły, inne formy uwagi i inne sposoby zaangażowania. Dźwięk, tekst, interakcja i czas stają się równoprawnymi elementami kompozycji wystawy, a nie dodatkiem do obrazu.

Z perspektywy instytucji publicznej wirtualne wystawy niosą także potencjał dostępności. Mogą docierać do odbiorców, którzy z różnych powodów nie pojawiają się w przestrzeni galerii. Jednocześnie ta dostępność rodzi nowe obowiązki. Treści muszą być projektowane w sposób inkluzywny, czytelny i odpowiedzialny. W sieci bardzo łatwo jest stracić kontrolę nad kontekstem, dlatego rola kuratora nie polega na rezygnacji z narracji, lecz na jej precyzyjnym zaprojektowaniu.

Coraz częściej myślę o wirtualnej wystawie nie jako o substytucie „prawdziwego” wydarzenia, lecz jako o równoległym obiegu. Może ona funkcjonować autonomicznie albo w relacji z wystawą fizyczną, rozszerzając jej sensy i czas trwania. W tym ujęciu wirtualność nie konkuruje z materialnością, lecz ją uzupełnia, oferując inne tempo i inne narzędzia opowieści.

W erze clickbaitu sens robienia wirtualnych wystaw nie polega na przyciąganiu uwagi za wszelką cenę. Polega na świadomym projektowaniu doświadczenia, które opiera się logice przyciągania, a nie sensacji. Jeśli wirtualna wystawa potrafi zaprosić do uważnego kontaktu, do refleksji i do powrotu, wówczas przestaje być jedynie treścią, a zaczyna funkcjonować jako realna praktyka kuratorska. W tym właśnie widzę jej największy potencjał.